2014

Fjallraven Classic, trekking, Sweeden

2013

2011

2009

2005 - 2007

2,5 years in Asia

My time in Asia

2007, Through Asia

About the trip
Hong Kong and Macau
East Europe and Home

2006, Work in Taiwan

2005, Work in India

2004

2003 Studies in Spain

2002

Ukraine - Krimea
Work&Travel in USA

1999

Bicycle trips

1996

Work in Austria

4 August 2007

Przez Azję - Filipiny

 

Był to pierwszy kraj na naszej drodze. Michał przyleciał z Polski do Korei odwiedzić znajomego a następnie przyleciał do mnie na Tajwan gdzie się spotkaliśmy i skąd mieliśmy jechać razem przez następne 3 miesiące. 4 Sierpień 2007 - ruszyliśmy. Samolotem dostaliśmy się z Tajpej do Manili na Filipinach. Inny świat… nawet nie da się porównać tych dwóch krajów. Filipiny zostały włączone do naszej wycieczki, ponieważ mam koleżankę z Filipin i chciałem ją odwiedzić. Niestety, albo może na szczęście, znalazła pracę w Dubaju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich na kilka miesięcy przed moim przyjazdem, więc Emiraty Arabskie zostały też włączone do wycieczki a Filipiny skoro już tam były to zostały.

Niestety w czasie jak nam wypadła podróż na Filipiny była tam pora deszczowa, więc nie najlepszy termin na turystykę. Mieliśmy trochę szczęścia, ponieważ nie padało codziennie a w dniach jak odpoczywaliśmy na plaży na wyspie Mindoro to nawet pogoda była całkiem niezła a dzięki porze deszczowej nie mieliśmy konkurencji w barachJ Nasza trasa zaczynała się i kończyła w Manili. Pierwsza część obejmowała północną część Filipin gdzie przejechaliśmy pętlę przez góry. Po wylądowaniu na pierwszy ogień poszły antyczne tarasy ryżowe w Banaue. Jak zobaczycie w galerii naprawdę robią wrażenie. Jeszcze piękniej musi być podczas sezonu sadzenia ryżu, gdy tarasy zamieniają się w małe oczka wodne odbijając niebo i góry. Mamy wówczas tysiące mały lusterek piętrowo ułożonych w górach. W mikroskali widzieliśmy takie coś przejeżdżając pociągiem przez Indonezję w drodze do Jakarty i wyglądało pięknie. Dotarcie do tarasów zajęło nam sporo czasu, ale szczególnie chciałbym opowiedzieć o autobusie, jakim jechaliśmy z Manili. Niestety ten autobus przytrafił się nam w parę godzin po wylądowaniu. Z Michałem byliśmy w takim szoku, że nawet nie zrobiliśmy żadnego zdjęcia a już później nie powtórzyła się taka okazja. Stwierdziliśmy z Michałem, że lepiej będzie jak od razu po wylądowaniu pojedziemy na północ w góry i pozwiedzamy ile zdążymy a Manile zostawimy sobie na koniec pobytu, aby mieć pewien zapas czasu na wypadek jakbyśmy utknęli gdzieś po drodze. Było to o tyle ważne, że z Manili mieliśmy już wykupione bilety na lot do Jakarty w Indonezji i wypadałoby się nie spóźnić na niego. Wracając do autobusu z Manili do Banaue… Kupiliśmy bilety po południu a autobus miał być później w nocy. Całe szczęście, że wieczorem przyszliśmy szybciej, bo widocznie tam sprzedają bilety wszystkim a wchodzi ten, kto przyjdzie pierwszyJ Wprawdzie nie dużo, ale kilka osób zostało na dworcu z biletami na autobus, w którym nie było już miejsc. Ale to jeszcze nic, to był tylko początek „dobrej” zabawy. Autobus z zewnątrz wyglądał normalnie. Prawdę mówiąc byliśmy nawet zaskoczeni jego wysoką klasą, ale autobus autobusem a używać go można w różny sposób. Pierwsze zaskoczenie to ilość miejsca na nogi – autobus zdecydowanie był projektowany dla azjatów, którzy średnio są mniejsi a my mieliśmy się tam zmieścić z plecakami. Po tym jak wszyscy się już zapakowali wniesiono spore bloczki siana(!) na środek, które służyły jako siedzenia dla kolejnych pasażerów zabieranych po drodze za specjalna opłatą dla kierowcy. Środek dostał również drugą funkcję, został zamieniony w luk bagażowy. Były beczki, wiadra, worki z czymś nieokreślonym w środku. Ale to jeszcze nie koniec. Ruszyliśmy. Na tyle autobusu usadziła się cała spora grupa turystów chyba francuzów. I jakby nigdy nic rozwiesili w poprzek autobusu przed tylnym siedzeniem i pomiędzy kilkoma następnymi rzędami sznurki pod dachem i rozwiesili pranie!! Podczas podróży suszyli sobie majtki, jakieś kalesony i inne niezidentyfikowane ciuchy. Niestety nie mieli szczęścia, bo te ciuchy zamiast wyschnąć chyba zamarzły! Nie wiem, z czego to wynika, ale Filipińczycy kochają klimatyzację i często włączają ją na maksymalne chłodzenie. Nie wiem ile stopni było w środku, ale szybko zrozumiałem, dlaczego lokalni stojąc i czekając na autobus byli ubrani w kurtki i czapki przy trzydziesto-paro stopniowym upale. Całe szczęście mieliśmy ze sobą nasze plecaki to też się ubraliśmy. Autobus musiał zatrzymywać się co jakiś czas na ręczne chłodzenie wodą przez polewanie. W takich warunkach dojechaliśmy do Banaue, które okazało się warte tortur podróżnych. Spędziliśmy tam dwa dni, podczas których poznaliśmy parkę z Korei i z którymi włóczyliśmy się jeszcze jakiś czas po filipinach. Bardzo nam to odpowiadało, bo, jak się okazało, to był początek, ale stale cierpieliśmy na brak planu a oni mieli zaplanowane wszystko, co do godziny prawie. Łącznie z miejscami noclegowymi, zwiedzaniem i transportem. Więc przyczepiliśmy się do nich szczęśliwi, że sami nie musimy nic planować. Nasz jedyny plan był dostać się na czas do Manili na samolot do Jakarty. Jak się okazało ta sytuacja powtarzała się później bardzo często. Przyjeżdżaliśmy gdzieś wysiadaliśmy na dworcu i…. Właśnie i nic… zero planu. Co zwiedzać, gdzie spać, gdzie jeść, jak i gdzie jechać później. Jeżeli się nie udało nikogo spotkać to czytaliśmy wtedy dopiero przewodnik i robiliśmy plan. Szło nam ciężko, bo ja nie miałem żadnych oczekiwań a jedynie pilnowałem, aby nie przekroczyć dozwolonego czasu pobytu w danym kraju, a Michał jedyne, co chciał to wypić drinka z kokosa na plaży w Tajlandii pod palmą rosnącą poziomo w jej poprzek (było warto!) ale to dużo później. Zresztą jest tam sporo jej zdjęć jako jednego z głównych naszych planów później. Często taki brak planu miał swoje zalety, bo byliśmy otwarci na sugestie innych podróżnych, których spotykaliśmy wszędzie całe masy, ale z drugiej strony równie często marnowaliśmy sporo czasu na robienie planu „na kolanie”, gdy już było dosyć późno. Minęliśmy kilka ciekawych miejsc, ale przecież nie da się zobaczyć wszystkiego podczas 5 miesięcy, szczególnie, gdy pod drodze jest aż tyle krajów a każdy inny. Wracając do Banaue – jak już mówiłem ładne miejsce i szkoda, że nie przyjechaliśmy tam w porze sadzenia ryżu, choć i tak robi spore wrażenie szczególnie wiedząc, że te tarasy mają ponad 2000 lat!! Aby do nich dojść należało pokonać najpierw mały odcinek dżungli tak z 1h. Do miejsca, z którego szliśmy również nie dojeżdżało się autostradą a drogą gdzie często miałem wrażenie, że każdy średnio-sprawny piechur rozwinąłby większą prędkość. Już na samym początku dostałem ostrzeżenie, że życie fotografa amatora może być niebezpieczne. Przy próbie sfotografowania bawoła pasącego się na polu chyba podszedłem zbyt blisko, bo przypuścił na mnie atak. Na szczęście bawoły to nie zwierzęta sportowe, więc zrezygnował szybko jak zacząłem uciekać. Michał tylko się śmiał i nawet zdążył zrobić nam zdjęcie z daleka.

Z tarasów nasi nowi znajomi zabrali nas to miasta Sagada gdzie miały być piękne jaskinie. Padało już wtedy i w telewizji ostrzegali, że nadchodzą dwa tajfuny na raz, więc jaskinie wydawały się dobrym pomysłem. Na dworcu kupiliśmy bilety na autobus - trochę przesadziłem z dworcem i autobusem – ciężko to nazwać tak. Dworzec to po prostu miejsce gdzie zatrzymują się „autobusy” na ulicy, które tak naprawdę nie są autobusami tylko przerośniętymi Jeepami. Tak też się zresztą nazywają „Jeepney”. Jeepney to bardzo ciekawe auto. To takie jeżdżące dzieło sztuki. Każdy kierowca zdobi go jak tylko może. Większość była bardzo kolorowa, z masą różnych drobiazgów poprzylepianych wkoło – znaczki, wisiorki, symbole mercedesa, tuby klaksonów i wiele innych limitowanych chyba tylko wyobraźnią kierowcy. Przed drogą poszliśmy coś zjeść. Jedyna „restauracja”, którą ciężko nazwać restauracją, bo nie było menu a dania były dwa do wyboru – ryż i mięsoJ Ale miała monopol w wiosce. Pani nam mile wyjaśniła co oferują i była zaskoczona że pytamy czy mają coś jeszcze. Mięso jednak wyglądało jakoś inaczej, więc się zapytaliśmy, co to za mięso. „Z psa” odpowiedziała pani zupełnie spokojnie. My byliśmy nie lada zaskoczeni a Pani się tylko nam dziwiła, że zapytaliśmy jeszcze z jakiego psa. Na to pani spokojnie wyszła zza lady w stronę drzwi wskazała palcem na jednego z biegających tam małych kundli i powiedziała „ooooo taki jak tam, lokalny…. Inne nie są dobre”. Dowiedzieliśmy się później, że inne są albo za tłuste albo za twarde. Nie odważyliśmy się… na szczęście zostały jeszcze jakieś części podobno kurczaka i ryba gdzieś się znalazła więc tym się podzieliliśmy. Trochę żałowałem ale do czasu…. Generalnie Azjaci, szczególnie z tych biednych krajów, nie żywią uczuć do zwierząt jak my. Dla nich to są tylko „biegające przedmioty”, które można zabić kiedykolwiek, do których można pouczyć się celowania kamieniami albo strzelania ze śrutu. Podobno istnieje specjalna metoda zabijania psów przeznaczonych do jedzenia. Powiedziano nam, że psa należy najpierw obijać metalowym prętem mocno po całym ciele ale uważać żeby nie zabić. Można powiedzieć jest to katowanie psa bo łamie mu się chyba wszystkie kości przy tym ale nie zabija. Zabija się na końcu, po jakimś czasie bo pies tak maltretowany wydziela jakiś hormon, który powoduje, że jego mięso jest bardziej miękkie po ugotowaniu. Po tej historyjce cieszyłem się, że nie spróbowaliśmy tego „przysmaku” – przysmak jak przysmak ale jedyne co tam ludzie jedli. Kurczakami nikt się nie interesował. Nie wiem ile tam leżały zanim myśmy je zjedli. Nie zaszkodziły. Po posiłku wyszliśmy jeszcze się pokręcić trochę bo do planowanego odjazdu został jeszcze sporo czasu. Na szczęście zauważyliśmy, że nasz Jeepney już był pełny! To znaczy wydawał się być pełny dla niewtajemniczonych. Pobiegliśmy szukać kierowcy ale ten spokojnie nam powiedział, że gdzie tam! Jeszcze dużo miejsc! Zdziwieni odpowiedzią zaczęliśmy się dopytywać intensywniej wtedy kierowca z niechęcią wskazał nam na dach. Tego jeszcze nie było. 2h jazdy na dachu. Odjechaliśmy gdy auto się zapełniło czyli pół godziny przed czasem ale o takiej możliwości już nas nikt nie poinformował. Radochę mieliśmy przednią! J Jednak ze względu na stan drogi i styl prowadzenia auta nie mamy zbyt dużo ostrych zdjęć.

Dojechaliśmy do jaskiń. Niesamowite przeżycie. Poszliśmy w sześć osób z dwoma przewodnikami. My nie mieliśmy nic a przewodnicy po lampie naftowej którą nieśli nad głową. Dawało to nieziemski efekt którego nie sfotografowałem bo nie mieliśmy naszych aparatów. Za niebezpiecznie dla nich. Szliśmy najpierw przez ogromne komnaty po kilkanaście metrów wysokie i takie też szerokie aby dojść do miejsce gdzie wąskimi kanałami trzeba było przepłynąć kawałek. Tylko gdzieniegdzie były przyczepione łańcuchy na ścianę a tak to chodziliśmy na boso po skałach!! Doszliśmy na końcu do niesamowitych pomieszczeń gdzie w wielokolorowych skałach potworzyły się kanały na ziemi i oczka z wodą tak czystą że trudną do zauważenia!! Wszystko oświetlone żółtym światłem latarń. Komnata stopniami wznosiła się lekko a pomiędzy stopniami potworzył się system wodny z małymi spadami wody na stopień niżej. Wkoło wielkie stalaktyty i stalagmity albo żebra w ścianie większe ode mnie!! I wszystko „na żywo” na wyciągnięcie ręki a nie za szybą i oglądane z betonowego chodnika razem z tysiącem innych osób. Niesamowite. Na zakończenie przewodnicy zafundowali nam kąpiel w jednym z jaskiniowych jeziorek. Po jaskiniach wróciliśmy do Manili i pojechaliśmy na południową pętlę. Niestety wszystkie media trąbiły o dwóch nadchodzących tajfunach więc nie mogliśmy jechać nigdzie daleko bo istniała szansa, że promy przestaną działać i utkniemy gdzieś. A samolot czekał nie będzie. Wybraliśmy dosyć bliski kurort przez co nie najlepszy (co nie oznacza zły – zobaczcie sami na zdjęciach). Po drodze jeszcze chcieliśmy zahaczyć o wulkan po środku jeziora Taal. Zbliżał się wieczór a my za nic nie mogliśmy znaleźć noclegu. Ciekawe jest postrzeganie odległości u lokalnych. Tłumaczyli nam jak dostać się do hotelu i dwoje ludzie tą samą odległość określało jako 500m lub 8km. I jak tu znaleźć ten hotel? Komu wierzyć?  Na szczęście przez przypadek poznaliśmy rodzinę z Korei, która też udawała się na ten wulkan. Dołączyliśmy się do nich i przez to mogliśmy wjechać tam na koniachJ to był mój pierwszy razJ  ale jakoś mnie nie wciągnęło. Po wycieczce rodzina zaprosiła nas do siebie do domu gdzie spędziliśmy noc korzystając z ich gościnności a na następny dzień ruszyliśmy do Puerto Gallera na wyspie Mindoro oddalonej o dwie godziny promem od ostatniego przystanku autobusu. Nieźle bujało na promie. Na początku nawet się przestraszyłem. Dodatkowo grozy dodawały wszystkie opowieści i prognozy, że nadchodzą tajfuny i zaatakują nas jak będziemy na morzu, które nas wtedy pochłonie żywych. Część pasażerów nawet z tego względu zrezygnowała z wycieczki. Na szczęści my tego nie zrobiliśmy i okazało się , że prognozy było sporo przesadzone. Sami zobaczcie na zdjęciach jak było. Opowiadać nie trzeba. Jako ciekawostkę powiem tylko że Filipiny są dosyć popularnym celem „turystyki seksualnej”. Szczególnie często przyjeżdżają tam australijskie dziadki zabawić się jeszcze z niezłymi d… Naprawdę niezłymi!! .... Ahhh …. My trafiliśmy na czas kompletnie poza sezonem, tłumacząc – podaż ta sama ale popytu brak, no…. my byliśmy. W sumie jak szliśmy „na miasto” do barów to było dwadzieścia albo trzydzieści półnagich kobiet – dziewczyn w zasadzie – wyginających się na rurach na ladzie i 5 klientów z czego dwaj to ja i Michał. Co jakiś czas przewijali się tylko albo same dziewczyny oferując swoje usługi (bardzo tanio) albo co ładniejsza to miała już „agenta” który robił to za nie. W kilku przypadkach mieliśmy wrażenie, że „agentem” była matka!! Matka wydawała się być zaangażowana w „prezentację towaru” natomiast sama dziewczyna… no cóż…  założę się, że nie robią tego z przyjemnością. Statystyki mówią, że ponad połowa z nich jest zarażona AIDS. Dlatego obiecaliśmy sobie z Michałem, że dopiero na starość tam wrócimyJ ale pojedziemy na pewnoJ Zdarzało się widzieć starszego, grubego, łysego dziadka w towarzystwie dziewczyny, która mogłaby śmiało być modelką i jego wnuczką. Nadwyraz raźnie zmierzali do hoteluJ Co wytrzymalsi zmierzali do hotelu z dwoma albo trzema takimi! Tylko podziwiać za wytrzymałe serca! Żartuje oczywiście. To jest smutne zjawisko ale skoro jest zainteresowanie to i są tacy co mu wyjdą naprzeciw. Często podczas podróży spotykaliśmy się z plakatami krzyczącymi „Sex Tourism STOP” albo z ogłoszeniami że dany hotel nie wspiera tego. Dziewczyny bardzo często są zmuszane do prostytucji i nie mają wyboru. Sami widzieliśmy jak dziewczyny były oferowane nam (na początku jako najmłodszym w barze – ze skromności tylko nie chciałem używać najprzystojniejszym J ) a później kolejnym pod względem atrakcyjności. Zajmowało mniej więcej 10 minut do pierwszego gorącego pocałunku a 20 do wyjścia z baru. Jednak gdy klient wychodził na przykład do toalety dziewczyna nagle z radosnej i uśmiechniętej zaczynała tępo gapić się w szklankę i czekać aż klient wróci. Generalnie w takich barach zwanych bary „go go” atmosfera jest przygnębiająca. Staliśmy pijąc piwo w kącie a z lady patrzyło na nas dwadzieścia smutnych par oczu mających nadzieję coś na nas zarobić. Poszliśmy z ciekawości jednak wieczór skończyliśmy sami pijąc piwo na plaży. Nie wiem jak jest w sezonie ale podobno bary są pełne a dziewczyn brakuje tylu jest chętnych na nie. Tam nie jeździ się po nic innego co dał nam do zrozumienia jakiś przypadkowo zapytany Amerykanin już na samym początku wyśmiewając nas że idziemy szukać noclegu z dala od centrum rozrywkowego miasteczka (10 min na piechotę). Drugim centrum sex turystyki jest Tajlandia ale o tym później.

Posiedzieliśmy tam ze trzy dni i wróciliśmy do Manili. Ciekawostką w Manili był widoczny na mieście stan podwyższonego bezpieczeństwa. Wszędzie pełno ochroniarzy i policjantów z wielkimi strzelbami. Kontrole bagażu przy wejściu do centrów handlowych, metra, i wszystkich ważniejszych budynków. Nie wiem czemu, pytaliśmy się ale nikt nam nie udzielił sensownej odpowiedzi.

Pozostało nam łapać samolot dalej….

 


Dreamweaver template by JustDreamweaver.com