2014

Fjallraven Classic, trekking, Sweeden

2013

2011

2009

2005 - 2007

2,5 years in Asia

My time in Asia

2007, Through Asia

About the trip
Hong Kong and Macau
East Europe and Home

2006, Work in Taiwan

2005, Work in India

2004

2003 Studies in Spain

2002

Ukraine - Krimea
Work&Travel in USA

1999

Bicycle trips

1996

Work in Austria

14 August 2007

Przez Azję - Indonezja

 

Wylądowaliśmy w Jakarcie. Indonezja to kolejny niezbyt bogaty kraj Azji południowo wschodniej. I prawdę mówiąc kraj, który dał nam najbardziej w kość. Kraj kontrastów, ponieważ natura jest niesamowicie urozmaicona i piękna a na dwóch wyspach, na których byliśmy mieszkańcy to kłamcy i wyzyskiwacze. Nie było dnia żeby nas ktoś nie oszukał, nie czuliśmy się pewnie i podróżowanie nie było przyjemnością. Ewa, o której pisałem wcześniej była tam, ale na innej wyspie i mówiła mi, że to jeden z najlepszych okresów w jej podróży a dla nas to był zdecydowanie najgorszy. Ona była jednak na Sumatrze a my na bardziej turystycznych Jawie i Bali. W efekcie wyjechaliśmy wcześniej niż to planowaliśmy. I tam też mieliśmy jedyny kryzys i zwątpienie w sens podróżowania dalej. Nasza trasa miała start i koniec w Jakarcie, aby z tamta dostać się dalej do Singapuru. Z Jakarty pojechaliśmy na wschód północną częścią wyspy aż do Bali a wróciliśmy południową drogą. Kupiliśmy bilet na pociąg do miasta Surabaya, skąd mieliśmy w planie pojechać autobusem na polecany wszędzie wulkan Bromo. Udało się dojechać, choć nie bez problemów. Autobusy nie jechały tam gdzie kierowcy nam mówili i sprzedawali bilety. Musieliśmy brać prywatny bus bo wszyscy twierdzili, że autobusów nie ma choć później mijaliśmy ich parę ale trasa nie była długa więc nie przeczuwaliśmy aż takich problemów jaki mieliśmy później. Oczywiście wszędzie nas kasowali podwójnie albo potrójnie „za skórę”, ale to znana praktyka w większości tych krajów i walki na niewiele się zdają. Bromo okazał się być bardziej imponujący niż się spodziewaliśmy. Takiego czegoś to jeszcze nie widziałem. Po dojechaniu do miasteczka zaraz niedaleko mieliśmy w planie pójść oglądać wschód słońca nad Bromo. Wyszliśmy z hotelu o 3 rano i ruszyliśmy z niedawno poznanym w hotelu gościem ze Stanów Zjednoczonych w trzy godzinną przechadzkę na punkt widokowy. Tłum nas tam zaskoczył. Wiedzieliśmy, że jest to popularna atrakcja, ale że aż tak …. To nie wiedzieliśmy. Wschód był niesamowity. W tle mieliśmy wybuchający, co pół godziny wulkan wyrzucający kłęby dymu wysoko w powietrze i po lewej stronie od niego wschód słońca. Niezapomniany widok. Wulkan wybuchł zaraz przed wschodem, więc nie widzieliśmy tego a w trakcie wschodu już tylko widzieliśmy rozpływający się w powietrzu obłok dymu. Postanowiliśmy zostać i poczekać na następny wybuch, aby dobrze go sfotografować poszliśmy coś zjeść przed czekaniem i wtedy wulkan wybuchł jeszcze raz. Jednak zrobiłam psikusa i jak wróciliśmy to już nie wybuchł więcej! Czekaliśmy na zimnie ze 3h już nie wiedząc jak mamy się rozgrzać a on, pomimo zapewnień lokalnych, nie wybuchał… i nie wybuchał … a my czekaliśmy a on nic. Zawiedzeni poszliśmy dalej i dobrze, bo już nie wybuchł więcej tego dnia. Weszliśmy w dolinę pod nim i weszliśmy na inny mniejszy wulkan, z którego wydobywał się już tylko para, więc był bezpieczny. Z świątynią hinduską u podnóża też robił niemałe wrażenie. Sami zobaczcie na zdjęciach. Tak nam się tam podobało, że chcieliśmy uczcić to jakimś lokalnym winem. Poszliśmy do sklepu i o mało nie kupiliśmy ketchupu, który był w bardzo podobnej butelce. To byśmy mieli imprezę J Po wulkanie ruszyliśmy w kierunku Bali i od tego momentu zaczęła się nasza tragedia. Nic już nie szło więcej zgodnie z naszym planem. Wyjechaliśmy kawałek z gór do miasteczka sąd mieliśmy jechać na Bali. Jednak autobus bezpośrednio tam wydawał nam sięga drogi, więc postanowiliśmy jechać krótszymi odcinkami, co w sumie było tańsze. Poszliśmy na dworzec autobusowy, kupiliśmy bilety w biurze turystycznym (!!) na dobry klimatyzowany autobus do miasteczka ostatniego na Jawie. Tam spotkaliśmy jeszcze jedną parę, więc było nas 4 osoby. W pewnym momencie szef biura turystycznego zerwał się w pośpiechu, i kazał nam biec za sobą, bo autobus podjechał, ale czeka na ulicy. Pobiegliśmy, więc wszyscy, ale on wsadził nas do zwykłego lokalnego autobusu, co w biednych krajach oznacz straszna tragedie. Po prostu kupa złomu gdzie wieje z każdego kierunku a wyje, że pogadać się nie da, ludzie się drą i jeżdżą z kurami a autobus zatrzymuje się, co 10 min po kolejnych pasażerów. Na każdym przystanku drzwi się otwierają z hukiem spadającego dużego garnka na kafelki a specjalna osoba od sprzedawania biletów drze się dodatkowo na całe gardło, dokąd autobus jedzie zastępując rozkład jazdy i w ten sposób informując podróżnych. Przypomnę, że my mieliśmy około 12h jazdy i to w nocy. Po prostu nie da się tak. Chyba byśmy oszaleli a zapłaciliśmy przecież sporo pieniędzy za dobry autobus. Jak pośpiech opadł i powróciliśmy do zdrowych zmysłów kazaliśmy się zatrzymać i wysiedliśmy z zamiarem powrotu do biura i żądania zwrotu pieniędzy albo normalnego autobusu. I tu zaskoczenie. Nagle gość zniknął. Znalazł się po dłuższej chwili, ale przez te 20 min nagle zapomniał angielskiego!! Rozmawialiśmy z nim przed chwilą a teraz gość nam w żywe oczy kłamie, że on „no english”. Siedział za biurkiem i powtarzał swoje z zapałem w odpowiedzi na nasze pytania, które już przerodziły się w krzyk i wściekłość. I to było jedyne, co od niego słyszeliśmy przez następnych parę minut. Takie traktowanie każdego by wyprowadziło z równowagi. Było nas czterech, więc sami siebie dodatkowo napędzaliśmy i wyciągnęliśmy gościa zza biurka za koszule mało jej nie drąc przy tym. Po takiej manifestacji siły gość nagle przypomniał sobie angielski, ale czego nie zauważyliśmy wcześniej, przed biurem zgromadziło się już sporo ludzi, więc poczuł się odważny i stanął do nas z pięściami chcąc bić i krzycząc, że on nam pieniędzy nie odda, bo już zapłacił kierowcy tamtej kupy złomu (to była suma około 1/3 tego, co my mu daliśmy). Krzyczał i szamotał się trzymany przez kogoś a my krzyczeliśmy, że on jest złodziejem i, że chcemy pieniądze powrotem. Dobrze, że w porę zdaliśmy sobie sprawę, że tak naprawdę to my byliśmy tam w mniejszości a on, pomimo, że nas oszukał i wszyscy o tym wiedzieli, był kryty przez wszystkich. Ludzie, z którymi rozmawialiśmy wcześniej pozapominali języka, nagle nikt nie wiedział gdzie jest policja, nikt nie znał numeru na policję – nawet ochroniarz dworca!! Nikt nie miał nagle telefonu i nikt nie wiedział gdzie jest telefon publiczny. Czyli nikt nic nie wiedział nagle nikt nie mógł nam pomóc – nawet przechodnie. Taka konspiracja przeciwko biednemu turyście. Zaczęliśmy rozmawiać spokojniej i stanęło na tym, że oddał nam niecałą połowę pieniędzy, ale zapomniał i nie oddaliśmy mu biletów, które nam wystawił. Mieliśmy plan, aby na nie pojechać innym autobusem, ale oczywiście bilety nie były ważne i, i tak musieliśmy zapłacić jeszcze raz. Nie pomagały żadne wymówki, że bilety są z biura turystycznego i, że w takim razie zostaliśmy oszukani. Biały człowiek przecież to chodzący worek pieniędzy, z którego każdy może sobie coś wziąć. Wykończeni zajechaliśmy jeszcze z dwoma przesiadkami do ostatniego miasta dostaliśmy się jeszcze nocnym promem na Bali i próbowaliśmy pojechać dalej. Niestety na publiczny transport było już za późno, więc przenocowaliśmy tam w hotelu gdzie wszystko aż się kleiło od brudu i rano ruszyliśmy łapać jakiś autobus. I znowu pech…  czekaliśmy na autobus do Denapasar (stolica Bali). Zatrzymał się jakiś, w opinii kierowcy oczywiście jedyny, jaki tam jeździł, najlepszy i najszybszy. Przejazd 100km zajął nam ponad 4 godziny. Chcieliśmy już bić kierowcę, gdy mijały nas kolejne porządne autobusy. Znowu nas oszukano…. A mieliśmy nadzieję, że na Bali jako na tak znanej wyspie będzie inaczej. Jak już dotarliśmy na miejsce do miasteczka gdzie mieliśmy zostać parę dni to odpoczęliśmy psychicznie ale tylko chwilkę. Po imprezowaliśmy trochę, poleżeliśmy na plaży, poopalaliśmy się. Było nieźle, ale spodziewałem się więcej. Ładnie, ale nic nadzwyczajnego jak na przedstawiany u nas raj plażowy. Pewnie inne miejsca są ładniejsze. My wybraliśmy sobie raczej ośrodek imprezowy a mniej relaksacyjny i widokowy. Pewnie te piękne zdjęcia pochodzą z innych części Bali bardziej na północ. Jedynym pozytywnym zaskoczeniem były niskie ceny. Całość nas uspokoiła i przy zakupie biletów wyjazdowych z Bali do Yogjackarty z powrotem na Jawie ponarzekaliśmy sobie trochę w kasie autobusowej. Poopowiadaliśmy sprzedającemu jak to nas oszukali poprzednio, ile mieliśmy problemów. Sprzedawca nas pocieszał, że tak bywa, że trzeba być ostrożnym, że tu jest Bali – centrum turystyki i tak nie ma, sprzedał nam bilety, które 10 razy sprawdziliśmy, sprawdziliśmy też autobus – tabliczki docelowe, jakość autobusu, sprzedawca pożyczył nam powodzenia a my zadowoleni, że okres cierpienia mamy za sobą pojechaliśmy dalej. I co ?? i też nas oszukał!!! Tak perfidnie!! Zamiast do Yogjackarty autobus powiózł nas parę godzin i zatrzymał się gdzieś w polu w środku nocy, gdzie nic wkoło nie było tylko droga i pola i drugi autobus lokalny (patrz opis wcześniej). Oczywiście jedyne, co kierowca potrafił to wskazał palcem tamto blaszane pudło na kółkach i mówił „Yogjackarta”. Wściekli ze złości, że takim gratem przyjdzie nam jechać od 24 aż do rana, i że znowu nas oszukano, musieliśmy się przesiąść. Wyklęliśmy Indonezję, obiecaliśmy sobie, że nie wrócimy i z bólem się przesiedliśmy. Jechaliśmy całą noc w warunkach jak wyżej opisane. Po prostu masakra! W Yogjackarcie jedyne, co zrobiliśmy to poszliśmy spać, ale od tamtej pory już dla nikogo nie byliśmy mili i postanowiliśmy wyjechać szybko odwiedzając tylko to, co mamy po drodze.  Na szczęście Yogjackarta była milszym i ładniejszym miastem od innych, co nas troszeczkę uspokoiło. Ale i tu nie obyło się bez natrętnych sprzedawców próbujących tanimi metodami (choć skutecznymi często) wcisnąć nam swoje produkty. Na przykład w miejscu gdzie podobały nam się ich malunki (Batik) próbowali nam wmówić, że sklep nie jest otwarty następnego dnia a w tym to oni już tylko dla nas trzymają otarty, bo inaczej dawno by poszli do domu. Chodziło o wywarcie presji na człowieku i wprowadzenie trochę nerwowości i pośpiechu. Turysta traci możliwość trzeźwej oceny sytuacji i jest bardziej skłonny dokonać zakupu. W drodze powrotnej zahaczyliśmy tylko o dwie stare świątynie – Parambanan i Borobudur oraz o jeden wulkan Tangkuban Perahu, który już jednak nie przebił Bromo. Obie świątynie mi się podobały, ale ze względu na brak komfortu psychicznego przestaliśmy się z Michałem dobrze bawić. Dla jaj trenowaliśmy nasze zdolności targowania się. Szczyt formy osiągnąłem, gdy rzekomo kamienny posążek z ceny oryginalnej 70 zbiłem do 5J Wróciliśmy do Jakarty. Tam mieliśmy też ciekawe spotkanie z polską grupą folkową z Dolnego Śląska. Wypiliśmy piwo wieczorem, pogadaliśmy, potłumaczyliśmy i poczuliśmy się jak w domu przez chwilkę. Następnego dnia udaliśmy się autobusem do portu i na prom do Singapuru. Ale jeszcze na zakończenie pobytu jakby wszystkiego było mało przy wysiadaniu z autobusu zapytałem się kierowcy gdzie mamy iść, aby znaleźć kasy. Kierowca jakby miły pokazał mi drogę przysuwając się do mnie i wskazując coś tam jednoręką a drugą w tym samym czasie wsadził mi do kieszenie po portfel!!! Na szczęście wyczułem i złapałem jego rękę w mojej kieszeni a on wtedy po prostu wybiegł z autobusu i uciekł chowając się gdzieś w tłumie ludzi!! Miałem naprawdę dość. Czułem ogromną ulgę będąc już na promie i wiedząc, że po drugiej stronie jest Singapur. Bilety na prom mieliśmy oczywiście najtańsze, czyli na najniższym i najbardziej zasyfionym pokładzie. Nie wiem czy kiedykolwiek ktoś tam sprzątał. Prom był duży bo na 3000 osób. Nasz rejs nie był pełny, ale zdarza się, że biorą na ten statek do 6000 ludzi!! A potem się dziwią, że takie tragedie, statki toną a u nas w wiadomościach się mówi nawet. Przy 6000 ludzi tam chyba nie ma jak chodzić nawet. My po zejściu na nasz pokład, głęboko pod powierzchnią wody, zdecydowaliśmy się spać na powietrzu, na górnym pokładzie. To była jakaś straszna pomyłka. Nigdy nie widziałem tyle karaluchów w jednym miejscu, co tam. Siadłem na pryczy i były wszędzie. Na podłodze, łóżku, ścianach, suficie, na moim bucie i … wszędzie. Były muchy w ryżu na obiad. Dla odprężenia się poszliśmy do kinaJ kino było. Miały być 4 filmy. Na pierwszy się spóźniliśmy więc poszliśmy na drugi. A tam niespodzianka – Japoński film porno!! Wszystkie pozostałe 3 filmy to były zwykłem porno!! Dla wyjaśnienia powiem, że Indonezja to kraj muzułmański i pornografia jest zakazana. Widać statków zakaz nie obejmujeJ Jak wszedłem do środka to 30 chłopa tam siedzących się trochę speszyło. Zaczęli się śmiać coś mówić po swojemu – nie codziennie ogląda się film porno w obecności obcokrajowców i to jeszcze jeden z nich (holender jeżdżący w cyrku na dziwnym rowerze poznany na statku) się z nich śmiejeJJ trzydziestu gości oglądało tani japoński film porno gdzie jak my weszliśmy to rozgrywała się „ostra jazda”. Tak dopłynęliśmy na ostatnią wyspę Indonezyjską Batam zaraz przy Singapurze. Wzięliśmy mały prom do Singapuru i przez tą godzinę zmienił się świat! Tak, bo Singapur to już jak inny świat.


Dreamweaver template by JustDreamweaver.com