2014

Fjallraven Classic, trekking, Sweeden

2013

2011

2009

2005 - 2007

2,5 years in Asia

My time in Asia

2007, Through Asia

About the trip
Hong Kong and Macau
East Europe and Home

2006, Work in Taiwan

2005, Work in India

2004

2003 Studies in Spain

2002

Ukraine - Krimea
Work&Travel in USA

1999

Bicycle trips

1996

Work in Austria

8 September 2007

Przez Azję - Kambodża

 

Kambodża to już kolejny, inny świat. Tam, tak naprawdę, jest jedno miejsce, które turyści jeżdżą odwiedzać. Ale za to jeździ ich miliony rocznie, ponieważ jest to zabytek klasy światowej. Ogromny obszar świątyń zwany Angkor Wat, z których niektóre mają 2000 lat! W tamtym czasie była tam bardzo wysoko rozwinięta cywilizacja, która upadła prawdopodobnie przez nadmierny rozwój i rabunkową politykę wobec środowiska. Pozostały po niej jedynie kamienne świątynie i królewskie budowle, które i tak robią niesamowite wrażenie. Potrzeba przynajmniej 2 dni żeby zobaczyć tylko te najważniejsze z nich. Ale zanim tam dojechaliśmy mieliśmy ciężką przeprawę na granicy Tajlandzko-Kambodżańskiej. Od strony Tajlandzkiej dojazd do granicy był bezbolesny. Problemy pojawiły się już na samej granicy, gdy trzeba było dawać w łapówki nawet za wizę. Wizę do Kambodży można wyrobić na granicy, nikt jednak nas nie ostrzegł, że okienko wizowe jest gdzieś schowane, praktycznie nie do odszukania dla turysty, a urzędnicy z premedytacją żądają od turystów opłaty za pośrednictwo w jej załatwieniu. Nikt jednak nie zdradzi gdzie trzeba się po nią udać. Musieliśmy się targować i w efekcie zapłaciliśmy prawie 30$ (1000 bathów a przed zniżką studencką 1100bathów) za wizę wartą 20$. Trochę nam napędzili stracha podczas targowania się mówiąc, że jak im nie zapłacimy to nie wjedziemy inaczej i odeślą nas z powrotem do Tajlandii. Po stronie Kambodżańskiej odbył się prawdziwy horror z nami w roli głównej. Szukaliśmy transportu z granicy do Siem Rep, które jest centrum słynnego obszaru świątyń Angkor Wat. Kambodża jest biednym krajem więc wszyscy turyści są cennym łupem i ludzie o nich walczą. Ale walczą w taki sposób, że strasznie utrudniają decyzję. Otoczyło nas kilku kierowców i zaczęli zachwalać swoje usługi i negować uczciwość innych kierowców. Krzyczeli na siebie wzajemnie wyzywając się i tłumacząc nam, że ten drugi to na pewno nas wywiezie gdzieś i zażąda dodatkowej opłaty. Myśmy stali po środku a wkoło nas przekrzykiwali się kierowcy podważając uczciwość. Oczywiście mówili, że autobusu nie ma – pewnie był, ale nam nikt tego nie powie, bo po co mamy płacić dolara z autobus jak możemy zapłacić 20$ za taksówkę. Taka tam polityka. W Kambodży bez łapówki nic się nie załatwi nawet na granicy. A my? Nie jest łatwo wsiąść do taksówki, gdy inny kierowca opowiada jak tamten, którego wybraliśmy, oszukuje turystów wywozi gdzie indziej i generalnie jest niebezpieczny. Nawet, jeżeli wiedzieliśmy, że to tylko ich sposób żeby wywrzeć presję na nas i zmniejszyć naszą czujność na targowanie ceny to i tak był to jeden z nielicznych momentów, kiedy się też wystraszyłem. Przez ten stres i pośpiech jaki wprowadzili, wpadliśmy w lekką panikę. A najgorsze było to, że to przejście nie było mocno uczęszczane przez turystów a ci, co się pojawili po prostu brali jakikolwiek środek transportu, na który nas nie było stać. W końcu zdenerwowani wzięliśmy pierwszy z samochodów stojących niedaleko i oferujących akceptowalną cenę potem pojawił się drugi (było nas 6 osób plus 2 francuzów) i zgodnie z naszymi przypuszczeniami dojechaliśmy bezpiecznie i cało. Droga jaką jechaliśmy to osobna historia. Po prostu tragedia. Tereny były bardzo suche porośnięte rzadkimi drzewami lub niczym. Gdzieniegdzie były pola uprawne. Ziemia wydawała się być czerwonym pyłem, który wzbijał się w powietrze przy podmuchach wiatru i pod przejeżdżającymi samochodami. Jechaliśmy przez pustkowie szeroką drogą polną. Bez asfaltu bez, pasów ruchu, po prostu kawałem uporządkowanej ziemi wygładzonej równiarkami i przeznaczonej dla samochodów. Jechaliśmy czasami po prawej stronie, czasami po lewej stronie, czasami w dwa auta obok siebie. Jedna taksówka miła kierownicę po prawej stronie druga po lewej. Pełna dowolność, brak przepisów. Każdy samochód wzbijał w powietrze tumanu czerwonego pyłu, który osiadał wszędzie wkoło. Wbijał się do środka samochodu i gryzł w gardło. Najbardziej mi było szkoda tych ludzi mieszkających przy takiej drodze. Chyba umierają na raka płuc w wieku 25 lat, bo nie wiem jak można dłużej przeżyć wdychając takie powietrze całą dobę. A powód takiego stanu drogi? Nie zgadniecie. Jak to mówią – korporacje rządzą światem a nie państwa i rządy. Tajlandzkie linie lotnicze opłacają rząd Kambodży żeby tam nie budował żadnej drogi, ponieważ mają tak ogromne zyski z przelotów z Tajlandii do Siem Rep. Masę ludzi przylatuje do Tajlandii na wakacje a w ramach małego wypadu lecą do Kambodży zobaczyć Angkor Wat. Zysków by nie było gdyby tam była dobra droga prowadząca z granicy.

Same świątynie… no cóż nie zawiodły. Niesamowite wrażenie chodzić wśród budowli mających po 2000lat. Często już pochłonięte przez przyrodę. Gdzieniegdzie drzewa lub roślinność obrasta stare kamienie a korzenie często wiją się i przebijają przez kamienne ściany i sufity, oplatają wejścia, rosną na murach. Wszystko jest powoli remontowane (tak nam się wydaje, bo rusztowania wprawdzie były, ale pracowników już nie) jednak zajmie to jeszcze dużo czasu. Chodząc tam można łatwo sobie wyobrazić potęgą i ogrom tego miasta w latach świetności. Szczerze polecam odwiedzić to magiczne miejsce. Wystarczy wstukać nazwę w google a wyskoczy masę odnośników. Jedyną przeszkodą w spokojnym zwiedzani jest masa małych dzieci, które specjalnie szkolone w mowie błagalnymi głosami próbują sprzedać cokolwiek. Czasami jest to przewodnik czasami pocztówki, szaliki, owoce, długopisy. Chodzą za turystami i prawie płaczącymi głosami próbują sprzedawać. Na szczęście byliśmy tam poza sezonem, więc kręciło się niewiele ludzi. Z opowiadań i zdjęć widzieliśmy jednak, że w sezonie cały te ogromny obszar jest pełen zwiedzających. Jak na Krupówkach! Po Siem Rep pojechaliśmy do stolicy - Phnom Penh. Tam poznaliśmy ciemną stronę historii Kambodży. Jest naprawdę straszna. Odwiedziliśmy „Pola Śmierci” zobaczyliśmy kilka muzeów ludobójstwa…. To jest tragiczne. Jak można być tak nieludzkim?! Najstraszniejszy okres przypada na lata siedemdziesiąte, kiedy to jedna trzecia społeczeństwa została zamordowana podczas rewolucji Czerwonych Kmerów. Rewolucja była wspierana przez Chiny a ideą było stworzenie państwa rolniczego. Powrót do natury i negacja wszystkich osiągnięć cywilizacyjnych. W związku z tym należało wymordować wszystkich wykształconych ludzi. Od polityków, prawników, lekarzy, inżynierów, nauczycieli, urzędników aż po ludzi, którzy tylko umieli czytać. Już samo posiadanie okularów było powodem do morderstwa. Jednak nie zabijano ich tak szybko i bezboleśnie. Ucinano głowy liśćmi palmowymi, torturowano wcześniej, aby powiedzieli nazwiska i dane swoich znajomych i innych wykształconych ludzi. Znęcano się nad nimi w sposób jaki świat nie widział jeszcze. Szkoły zostały zamienione na więzienie, uniwersytety zburzono, książki spalono, szpitale zostały zamknięte, przemysł zlikwidowano. Ludzie mieli powrócić do uprawy roli przy pomocy zwierząt, bez prądu i maszyn. Wprowadzono atmosferę terroru w kraju gdzie nawet rodziny bały się rozmawiać ze sobą. Relacje międzyludzkie zostały zniszczone a miłość zakazana. Pary były siłą rozdzielane. Był to okres największych represji i terroru, jaki świat widział. Kambodżanie do dziś są bardzo smutni i posępni. Nie ma radości w ich kraju ani w życiu. Większa część kraju jest zaminowana a kaleków spotyka się wszędzie. Nigdy nie wiadomo czy człowiek, który akurat wiezie nas taksówką nie ma na swoim koncie wielu morderstw. Wtedy byli dziećmi z wypranymi mózgami, często nie zdającymi sobie sprawy z tego co robią, a teraz pracują na straganach w taksówkach, w urzędach. Kraj powoli się podnosi, ale będzie to proces długotrwały i trudny bo i niby jak ma być szybki skoro nie ma ludzi wykształconych którzy mogą to zrobić?? A gdzie ludzi wykształcić skoro nie ma uniwersytetów?? Pomoc zagraniczna jest niezbędna, jest jej sporo, ale i tak za mało do potrzeb. Z Phnom Penh udaliśmy się na północ w stronę granicy z Laosem, który okazał się być całkowitym kontrastem dla Kambodży. Stał się moim ulubionym krajem w rejonie. Przejście graniczne do Laosu to zwykła altanka w środku lasu na drodze leśnej. Jeden szlaban, dolara za przejście i jesteśmy w kolejnym kraju.


Dreamweaver template by JustDreamweaver.com